czwartek, 27 lutego 2014

„Jedziemy na wycieczkę, bierzemy graty w teczkę...” Part 1- Zapakujmy się!


Pakowanie. Temat rzeka. Jak ja nie cierpię tego robić... Serio, jak amen w pacierzu! Z ręką na sercu mogę się przyznać, że najchętniej schowałabym się pod łóżko i nie wychodziła do momentu, aż ktoś to za mnie zrobi. Niestety, gdyby pakowałby mnie Małż (gwoli wytłumaczenia: mam na myśli męża, zwanego przeze mnie Małżem), skończyłabym z kilkoma parami skarpetek oraz majtek na zmianę, i, i, i to chyba byłoby tyle. A ja, z czarnym pasem paniki, chciałabym wziąć ze sobą wszystko. To nawet nie tak, że nieskładnie ładuję do walizki wszystko, co mi wpadnie pod rękę. O nie, co to, to nie! Księżniczka logistyki siada sobie wygodnie na kanapie z notesem w ręku i laptopem na podorędziu. Bawię się wtedy w przewidywanie przyszłości i wróżę z kart- mówiąc jaśniej: sprawdzam długoterminową prognozę pogody. Później wypisuję sobie listę niezbędnych ubrań, czyli: podstawowy zapas bielizny, piżamkę, kurtkę przeciwdeszczową, kurtkę wyjściową, bluzę z kapturem (co by schować ewentualne nie-wyjściowe włosy), spodnie (dżinsy, bojówki, lniane, krótkie, półkrótkie, półdługie, gaciowate- z gatunku tych, nad którymi człowiek się zastanawia czy to jeszcze tyłek zakrywa) i tak dalej w nieskończoność. Po wypisaniu na liście połowy swojej szafy przechodzę do kosmetyków. I tu w ostatnich czasach mam prawdziwą udrękę w pakowaniu. Ot, zachciało mi się zabawy naturalnymi kosmetykami. W związku z tym, większość rzeczy muszę brać ze sobą. Bo jak sobie wyobrażam bieganie po sklepach (np. za granicą) i szukanie z obłędem w oczach peelingu ze skały wulkanicznej („no wie Pani, taki kamień, tylko zmielony!”), ewentualnie oleju z orzechów laskowych („Matko, olej nie orzechy! Jak ja sobie z orzechów ten olej wytłoczę?”) lub nafty kosmetycznej („No serio, nic nie będę podpalać!”), to od razu czuję się zmęczona i wpisuję wszystko na listę „do pakowania”.
Podobny problem mam przy pakowaniu „podręcznej” apteczki. Ten cudzysłów nie wziął się znikąd- panikarz bierze ze sobą środki na biegunkę, ale i środki na zatwardzenie też znajdą swoje miejsce; plastry, gaza i bandaż elastyczny, środek do dezynfekcji i małe nożyczki; maść rozgrzewająca, żel chłodzący na stłuczenia, plus maść na ukąszenia robali; coś na schorowane gardło i coś na oparzenia; brakuje jeszcze tylko chininy i igieł do akupunktury (pewnie gdyby były łatwo/tanio dostępne nie pogardziłabym również nimi). Jeżeli jedziemy tylko we dwoje, ta ilość leków jest śmieszna. Ale przy wyjeździe większą grupą, czuję się taaaaaka dumna, że pomyślałam o różnych ewentualnościach. Mój wewnętrzny narcyz czuje się mile połechtany. Zwykle znajomi, którzy jadą gdzieś ze mną, nie zawracają sobie głowy zabieraniem leków, bo „wyjazdowa pielęgniarka” będzie ze sobą wszystko miała.
Pomijając już fakt wypisywania wszystkiego, co jest niezbędne do przeżycia, eliminowania fanaberii i tym podobnych, prawdziwy problem pojawia się przy próbie wpakowania tego ogromu rzeczy do walizki. Nooo, trochę się rozminęłam z prawdą- nie walizka, a walizki i to zdecydowanie w liczbie mnogiej. Choćbym nie wiem ile się starała, zawsze muszę dorzucać się do mężowych bagaży.
Najśmieszniejsze jest to, że przy każdej podróży powtarza się ten sam schemat- napakuję swoje walizki do granic możliwości, a później udaję, że daję radę sama je targać. Po bohaterskim dociągnięciu walizek do bagażnika, zgadzam się na zapakowanie ich do samochodu przez Małża. Ale później znowu próbuję udawać, że jestem taka niesamowicie silna i samodzielna, i mogę sobie sama nieść swoje toboły. Małżon zabiera ode mnie cięższą torbę, mówiąc, że łatwiej mu wtedy nieść, bo równoważy się to z jego tobołkiem. I, w milczącym porozumieniu, powtarzamy ten taniec prawie-godowy co wyjazd. Zaczynam podejrzewać, że Małżon zna mnie jednak lepiej niż mi się wydaje...

niedziela, 26 stycznia 2014

Wieczorne marudzenie: Dlaczego nie lubię zimy?

Cóż, powodów można by wymienić wiele, ale postaram się nie rozdrabniać.

1) Temperatura. Jeeeeeny, jestem stworzeniem wyjątkowo ciepłolubnym i już przy 5 stopniach telepię się z zimna. W związku z tym, ubieranie się do wyjścia zajmuje mi około 10 minut, a ubrana na cebulkę poruszam się z wdziękiem małego bałwanka.

2) Śnieg. Pośrednio wiąże się to z punktem pierwszym. Co prawda nie napadało go (jak na razie) dużo, ale już musiałam latać z łopatą i odśnieżać. Pomysł ten okazał się wyjątkowo idiotyczny, bo pod warstwą śniegu był zamarznięty deszcz. Najwyżej listonosz, przechodnie, albo ja obijemy sobie tyłek. No sorry, taki mamy klimat, najpierw pada deszcz, który zamarza, a później, żeby było zabawniej, przykrywa to śnieg.

3) Tańce-połamańce. W związku z tym, że samochód odmówił współpracy, poruszałam się po mieście o własnych siłach. I o ile ubiór na cebulkę pozwolił mi nie zamarznąć, to nie specjalnie przyczyniał się do utrzymywania równowagi (zarówno fizycznej, jak i emocjonalnej). W efekcie udało mi się nadwyrężyć coś w kolanie, kiedy ratowałam się przed zakończeniem efektownych piruetów gustownym padnięciem na twarz.

4) Wirusy, zarazki i inne przyjemności. Hura, hura, jakże się cieszę, złapałam jedno z nich. Nagrodą są nieprzespane noce, uroczy zasmarkany look, kompletny brak węchu i wycieczka do przychodni, jutro z samego rana.

5) Zwierzaki. Cóż pies też nie lubi zimna i od grudnia wprowadziła się do domu. W związku z tym, mam gwarantowane codzienne odkurzanie (kłaki, wszędzie kłaki, na kanapie, na podłodze, w oku, w ustach i w jedzeniu!), mycie podłogi (chyba, że zostawię sobie wzór z odcisków psich łap na podłodze i zacznę mówić, że tak ma być) i zazdrosne zagrania ("Jak to kot może leżeć na twoich kolanach, a ja nie?!" i vice versa- "Jak to pies może się z tobą bawić, a moje zabawy- gryzienie i drapanie- są dla ciebie głupie?!")

Tak, to by w skrócie pokazywało dlaczego nie lubię tej pory roku.
Byle do wiosny!

niedziela, 12 stycznia 2014

Prysznicowe szaleństwo

Podobno "każdy ma jakiegoś bzika, każdy jakieś hobby ma". Mam bzika na punkcie kilku rzeczy, ale jeden szczególnie rzuca się w oczy. Kobiety, wychodząc z mojej łazienki, z szeroko otwartymi ze zdumienia oczami, pytają się: "Po co Ci tyle żeli pod prysznic?!" 
Eee, yyy, wiem, to głupio brzmi, ale lubię mieć wybór. Ot, moja mała fanaberia, prysznicuję się żelem o zapachu, który pasuje do mojego humoru. Lubię intensywne zapachy, dlatego palmę pierwszeństwa wiodą u mnie zapachy od OS (Oryginal Source). Pod względem ekonomicznym, za całkiem niezłe uważam mydła pod prysznic od Ziai (MaZiajki też!), a z lekką nutą snobizmu pozwalam sobie na żele Yves Rocher (paskudnie dużo kosztują/ w przeliczeniu na litr, ale wspaniale się pienią).
Ale, właściwie nie do końca o tym chciałam pisać. Jakoś nigdy nie pasowały mi sklepowe olejki pod prysznic. A to dziwnie pachniały, a to były za tłuste, a to to, a to tamto. I opróżniona do połowy butelka z żelem pod prysznic, natchnęła mnie. Tak oto, domowym sposobem, zrobiłam sobie peelingujący olejek pod prysznic. Czego potrzebujemy?

W moim przypadku były to:
- połowa żelu Biały Jeleń
- oleje, które nie sprawdziły się jako smarowidła do twarzy (z pestek brzoskwini i nasion czarnej porzeczki)
- jako dopełnienie, olej z pestek winogron (mała pożyczka z kuchennych zapasów)
- peeling z pestek czarnej porzeczki
- ulubione olejki eteryczne- lawenda i wanilia


Wykonanie- najprostsze z możliwych. 
Zdjęłam nakrętkę z żelu i dolałam oleje- ale nie do pełna, zostawiłam trochę miejsca na dosypanie zmielonych pestek czarnej porzeczki. Nie dodawałam dużo- gdzieś 2-3 łyżeczki (do tego akurat przydaje się mały lejek- rzadko kiedy otwór jest na tyle duży, żeby nie rozsypać dookoła całego tego drobiazgu). 
Na koniec- coś dla nosa- kilka kropel olejków eterycznych. I tu mała przestroga; nie warto dawać ich za dużo, mogą podrażniać skórę, albo pachnieć zbyt intensywnie. Dałam 2 krople lawendowego i 4 waniliowego. Po wpakowaniu wszystkich składników w jedną butelkę, wystarczyło zrobić trick bondowski ('wstrząśnięte, nie mieszane') i voila, mamy pięknie pachnący olejek pod prysznic.

Wyglądał tak, a pachniał... ciasteczkowo :) 

Jedyne zastrzeżenia mam do konsystencji. Bo o ile na rękach wydawał się być całkiem w porządku, to przy myciu całego ciała okazał się straszliwie lejący. Czyli, coś kosztem czegoś- nie trzeba używać balsamu po myciu, ale wanna będzie cała ochlapana.

Ostatnio trochę się wciągnęłam w tworzenie kosmetyków, także nie będzie to ostatni post na ten temat.

niedziela, 22 grudnia 2013

Powrót córy marnotrawnej

Cóż, tak jak podejrzewałam, porzuciłam pisanie bloga zanim zdążyłam porządnie zacząć. 
Ale, ale! Ostatnio postawiłam sobie cele "przed-noworoczne", których zamiarem jest postawienie mnie do pionu. Puknęło mi ćwierćwiecze, kryzys końca studiów i wejścia w życie dorosłe został nierozwiązany (to znaczy: jest w zawieszeniu, bo mobilizuję się do skończenia pracy magisterskiej- trącam laptopa kijem i mam nadzieję, że sama się napisze...).
Bilans podsumowujący moje dotychczasowe życiowe osiągnięcia sprawił, że miałam ochotę wczołgać się za kotem pod łóżkiem i nie wychodzić stamtąd aż do emerytury (albo do pory obiadowej, jak kto woli). Jednak, nie dało się tak zrobić: Małżon domagał się obiadu, kot chciał odzyskać swoją przestrzeń osobistą ("podłóżkową"), a ja chyba mam uczulenie na nadmiar kurzu, który się mieści w trudno dostępnych kątach w sypialni. 

W związku z powyższym, staram się być regularna. Brzmi enigmatycznie? I po części tak jest :) Próbuję regularnie chodzić na siłownie, sprzątać, czytać książki do magisterki i przygotowywać się do zajęć w pracy. Najłatwiej wychodzi mi regularne przeglądanie Facebooka. Ugh. I jeszcze jedną rzecz robię regularnie- kolekcjonuję sowy! Absolutnie oszalałam na punkcie sów. Mój najnowszy nabytek prezentuje się tak:

 
Jeszcze nie do końca sprecyzowałam, w czym mam być regularna, ale myślę, że niedługo dojdę do jakiegoś konsensusu z samą sobą. Póki co- bywajcie! Mam cichą nadzieję, że wrócę niedługo.

poniedziałek, 23 września 2013

Dzień dobry wieczór :)

Po tym jakże treściwym powitaniu, skończyła mi się wena...

Serio, zawsze nie lubiłam wstępów, początków i tym podobnych. To chyba kwestia braku cierpliwości, słomianego zapału, albo problemów z przelaniem wizji z głowy, na przedmioty materialne. Kilka razy zabierałam się za pisanie książki, albo chociaż jakichś opowiadań (za każdym razem koncepcja wyczerpywała się po kilku zdaniach), próbowałam malować akwarelami, pastelami olejnymi, ołówkiem (Zdecydowanie nie odziedziczyłam talentu do rysowania. Zdecydowanie nie), uczyłam się języków obcych, pozbywałam się nadmiaru rzeczy (ech, nieszczęsne chomikowanie), albo dbałam o ogród.
Zwykle z miernym rezultatem. Ale jest małe światełko w tunelu- są rzeczy, których się trzymam i rozwijam w tych dziedzinach swoje umiejętności. Co prawda, po raz kolejny robię to po swojemu (Zamiast słuchać się mądrzejszych, kombinuję sama. Dużo czasu zabiera taka nauka, ale jaka satysfakcja kiedy się samemu dojdzie do pozytywnych rezultatów!). Jednak żeby nie przedłużać- chwalenie się, będzie w następnym odcinku :)

A jak u was z zapałem do nowych wyzwań?

PS. Z racji tego, że późna to już pora, razem z Panem Kotem mówimy: "Dobranoc"