Podobno "każdy ma jakiegoś bzika, każdy jakieś hobby ma". Mam bzika na punkcie kilku rzeczy, ale jeden szczególnie rzuca się w oczy. Kobiety, wychodząc z mojej łazienki, z szeroko otwartymi ze zdumienia oczami, pytają się: "Po co Ci tyle żeli pod prysznic?!"
Eee, yyy, wiem, to głupio brzmi, ale lubię mieć wybór. Ot, moja mała fanaberia, prysznicuję się żelem o zapachu, który pasuje do mojego humoru. Lubię intensywne zapachy, dlatego palmę pierwszeństwa wiodą u mnie zapachy od OS (Oryginal Source). Pod względem ekonomicznym, za całkiem niezłe uważam mydła pod prysznic od Ziai (MaZiajki też!), a z lekką nutą snobizmu pozwalam sobie na żele Yves Rocher (paskudnie dużo kosztują/ w przeliczeniu na litr, ale wspaniale się pienią).
Ale, właściwie nie do końca o tym chciałam pisać. Jakoś nigdy nie pasowały mi sklepowe olejki pod prysznic. A to dziwnie pachniały, a to były za tłuste, a to to, a to tamto. I opróżniona do połowy butelka z żelem pod prysznic, natchnęła mnie. Tak oto, domowym sposobem, zrobiłam sobie peelingujący olejek pod prysznic. Czego potrzebujemy?
W moim przypadku były to:
- połowa żelu Biały Jeleń
- oleje, które nie sprawdziły się jako smarowidła do twarzy (z pestek brzoskwini i nasion czarnej porzeczki)
- jako dopełnienie, olej z pestek winogron (mała pożyczka z kuchennych zapasów)
- peeling z pestek czarnej porzeczki
- ulubione olejki eteryczne- lawenda i wanilia
Wykonanie- najprostsze z możliwych.
Zdjęłam nakrętkę z żelu i dolałam oleje- ale nie do pełna, zostawiłam trochę miejsca na dosypanie zmielonych pestek czarnej porzeczki. Nie dodawałam dużo- gdzieś 2-3 łyżeczki (do tego akurat przydaje się mały lejek- rzadko kiedy otwór jest na tyle duży, żeby nie rozsypać dookoła całego tego drobiazgu).
Na koniec- coś dla nosa- kilka kropel olejków eterycznych. I tu mała przestroga; nie warto dawać ich za dużo, mogą podrażniać skórę, albo pachnieć zbyt intensywnie. Dałam 2 krople lawendowego i 4 waniliowego. Po wpakowaniu wszystkich składników w jedną butelkę, wystarczyło zrobić trick bondowski ('wstrząśnięte, nie mieszane') i voila, mamy pięknie pachnący olejek pod prysznic.
Wyglądał tak, a pachniał... ciasteczkowo :)
Jedyne zastrzeżenia mam do konsystencji. Bo o ile na rękach wydawał się być całkiem w porządku, to przy myciu całego ciała okazał się straszliwie lejący. Czyli, coś kosztem czegoś- nie trzeba używać balsamu po myciu, ale wanna będzie cała ochlapana.
Ostatnio trochę się wciągnęłam w tworzenie kosmetyków, także nie będzie to ostatni post na ten temat.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz