Pakowanie. Temat rzeka. Jak ja nie
cierpię tego robić... Serio, jak amen w pacierzu! Z ręką na sercu mogę się
przyznać, że najchętniej schowałabym się pod łóżko i nie wychodziła do momentu,
aż ktoś to za mnie zrobi. Niestety, gdyby pakowałby mnie Małż (gwoli
wytłumaczenia: mam na myśli męża, zwanego przeze mnie Małżem), skończyłabym z
kilkoma parami skarpetek oraz majtek na zmianę, i, i, i to chyba byłoby tyle. A
ja, z czarnym pasem paniki, chciałabym wziąć ze sobą wszystko. To nawet nie
tak, że nieskładnie ładuję do walizki wszystko, co mi wpadnie pod rękę. O nie,
co to, to nie! Księżniczka logistyki siada sobie wygodnie na kanapie z notesem
w ręku i laptopem na podorędziu. Bawię się wtedy w przewidywanie przyszłości i
wróżę z kart- mówiąc jaśniej: sprawdzam długoterminową prognozę pogody. Później
wypisuję sobie listę niezbędnych ubrań, czyli: podstawowy zapas bielizny,
piżamkę, kurtkę przeciwdeszczową, kurtkę wyjściową, bluzę z kapturem (co by
schować ewentualne nie-wyjściowe włosy), spodnie (dżinsy, bojówki, lniane,
krótkie, półkrótkie, półdługie, gaciowate- z gatunku tych, nad którymi człowiek
się zastanawia czy to jeszcze tyłek zakrywa) i tak dalej w nieskończoność. Po
wypisaniu na liście połowy swojej szafy przechodzę do kosmetyków. I tu w
ostatnich czasach mam prawdziwą udrękę w pakowaniu. Ot, zachciało mi się zabawy
naturalnymi kosmetykami. W związku z tym, większość rzeczy muszę brać ze sobą.
Bo jak sobie wyobrażam bieganie po sklepach (np. za granicą) i szukanie z
obłędem w oczach peelingu ze skały wulkanicznej („no wie Pani, taki kamień,
tylko zmielony!”), ewentualnie oleju z orzechów laskowych („Matko, olej nie
orzechy! Jak ja sobie z orzechów ten olej wytłoczę?”) lub nafty kosmetycznej
(„No serio, nic nie będę podpalać!”), to od razu czuję się zmęczona i wpisuję
wszystko na listę „do pakowania”.
Podobny problem mam przy pakowaniu
„podręcznej” apteczki. Ten cudzysłów nie wziął się znikąd- panikarz bierze ze
sobą środki na biegunkę, ale i środki na zatwardzenie też znajdą swoje miejsce;
plastry, gaza i bandaż elastyczny, środek do dezynfekcji i małe nożyczki; maść
rozgrzewająca, żel chłodzący na stłuczenia, plus maść na ukąszenia robali; coś
na schorowane gardło i coś na oparzenia; brakuje jeszcze tylko chininy i igieł
do akupunktury (pewnie gdyby były łatwo/tanio dostępne nie pogardziłabym
również nimi). Jeżeli jedziemy tylko we dwoje, ta ilość leków jest śmieszna.
Ale przy wyjeździe większą grupą, czuję się taaaaaka dumna, że pomyślałam o
różnych ewentualnościach. Mój wewnętrzny narcyz czuje się mile połechtany.
Zwykle znajomi, którzy jadą gdzieś ze mną, nie zawracają sobie głowy
zabieraniem leków, bo „wyjazdowa pielęgniarka” będzie ze sobą wszystko miała.
Pomijając już fakt wypisywania
wszystkiego, co jest niezbędne do przeżycia, eliminowania fanaberii i tym
podobnych, prawdziwy problem pojawia się przy próbie wpakowania tego ogromu
rzeczy do walizki. Nooo, trochę się rozminęłam z prawdą- nie walizka, a walizki
i to zdecydowanie w liczbie mnogiej. Choćbym nie wiem ile się starała, zawsze
muszę dorzucać się do mężowych bagaży.
Najśmieszniejsze jest to, że przy
każdej podróży powtarza się ten sam schemat- napakuję swoje walizki do granic
możliwości, a później udaję, że daję radę sama je targać. Po bohaterskim
dociągnięciu walizek do bagażnika, zgadzam się na zapakowanie ich do samochodu
przez Małża. Ale później znowu próbuję udawać, że jestem taka niesamowicie
silna i samodzielna, i mogę sobie sama nieść swoje toboły. Małżon zabiera ode
mnie cięższą torbę, mówiąc, że łatwiej mu wtedy nieść, bo równoważy się to z
jego tobołkiem. I, w milczącym porozumieniu, powtarzamy ten taniec prawie-godowy
co wyjazd. Zaczynam podejrzewać, że Małżon zna mnie jednak lepiej niż mi się
wydaje...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz