niedziela, 26 stycznia 2014

Wieczorne marudzenie: Dlaczego nie lubię zimy?

Cóż, powodów można by wymienić wiele, ale postaram się nie rozdrabniać.

1) Temperatura. Jeeeeeny, jestem stworzeniem wyjątkowo ciepłolubnym i już przy 5 stopniach telepię się z zimna. W związku z tym, ubieranie się do wyjścia zajmuje mi około 10 minut, a ubrana na cebulkę poruszam się z wdziękiem małego bałwanka.

2) Śnieg. Pośrednio wiąże się to z punktem pierwszym. Co prawda nie napadało go (jak na razie) dużo, ale już musiałam latać z łopatą i odśnieżać. Pomysł ten okazał się wyjątkowo idiotyczny, bo pod warstwą śniegu był zamarznięty deszcz. Najwyżej listonosz, przechodnie, albo ja obijemy sobie tyłek. No sorry, taki mamy klimat, najpierw pada deszcz, który zamarza, a później, żeby było zabawniej, przykrywa to śnieg.

3) Tańce-połamańce. W związku z tym, że samochód odmówił współpracy, poruszałam się po mieście o własnych siłach. I o ile ubiór na cebulkę pozwolił mi nie zamarznąć, to nie specjalnie przyczyniał się do utrzymywania równowagi (zarówno fizycznej, jak i emocjonalnej). W efekcie udało mi się nadwyrężyć coś w kolanie, kiedy ratowałam się przed zakończeniem efektownych piruetów gustownym padnięciem na twarz.

4) Wirusy, zarazki i inne przyjemności. Hura, hura, jakże się cieszę, złapałam jedno z nich. Nagrodą są nieprzespane noce, uroczy zasmarkany look, kompletny brak węchu i wycieczka do przychodni, jutro z samego rana.

5) Zwierzaki. Cóż pies też nie lubi zimna i od grudnia wprowadziła się do domu. W związku z tym, mam gwarantowane codzienne odkurzanie (kłaki, wszędzie kłaki, na kanapie, na podłodze, w oku, w ustach i w jedzeniu!), mycie podłogi (chyba, że zostawię sobie wzór z odcisków psich łap na podłodze i zacznę mówić, że tak ma być) i zazdrosne zagrania ("Jak to kot może leżeć na twoich kolanach, a ja nie?!" i vice versa- "Jak to pies może się z tobą bawić, a moje zabawy- gryzienie i drapanie- są dla ciebie głupie?!")

Tak, to by w skrócie pokazywało dlaczego nie lubię tej pory roku.
Byle do wiosny!

niedziela, 12 stycznia 2014

Prysznicowe szaleństwo

Podobno "każdy ma jakiegoś bzika, każdy jakieś hobby ma". Mam bzika na punkcie kilku rzeczy, ale jeden szczególnie rzuca się w oczy. Kobiety, wychodząc z mojej łazienki, z szeroko otwartymi ze zdumienia oczami, pytają się: "Po co Ci tyle żeli pod prysznic?!" 
Eee, yyy, wiem, to głupio brzmi, ale lubię mieć wybór. Ot, moja mała fanaberia, prysznicuję się żelem o zapachu, który pasuje do mojego humoru. Lubię intensywne zapachy, dlatego palmę pierwszeństwa wiodą u mnie zapachy od OS (Oryginal Source). Pod względem ekonomicznym, za całkiem niezłe uważam mydła pod prysznic od Ziai (MaZiajki też!), a z lekką nutą snobizmu pozwalam sobie na żele Yves Rocher (paskudnie dużo kosztują/ w przeliczeniu na litr, ale wspaniale się pienią).
Ale, właściwie nie do końca o tym chciałam pisać. Jakoś nigdy nie pasowały mi sklepowe olejki pod prysznic. A to dziwnie pachniały, a to były za tłuste, a to to, a to tamto. I opróżniona do połowy butelka z żelem pod prysznic, natchnęła mnie. Tak oto, domowym sposobem, zrobiłam sobie peelingujący olejek pod prysznic. Czego potrzebujemy?

W moim przypadku były to:
- połowa żelu Biały Jeleń
- oleje, które nie sprawdziły się jako smarowidła do twarzy (z pestek brzoskwini i nasion czarnej porzeczki)
- jako dopełnienie, olej z pestek winogron (mała pożyczka z kuchennych zapasów)
- peeling z pestek czarnej porzeczki
- ulubione olejki eteryczne- lawenda i wanilia


Wykonanie- najprostsze z możliwych. 
Zdjęłam nakrętkę z żelu i dolałam oleje- ale nie do pełna, zostawiłam trochę miejsca na dosypanie zmielonych pestek czarnej porzeczki. Nie dodawałam dużo- gdzieś 2-3 łyżeczki (do tego akurat przydaje się mały lejek- rzadko kiedy otwór jest na tyle duży, żeby nie rozsypać dookoła całego tego drobiazgu). 
Na koniec- coś dla nosa- kilka kropel olejków eterycznych. I tu mała przestroga; nie warto dawać ich za dużo, mogą podrażniać skórę, albo pachnieć zbyt intensywnie. Dałam 2 krople lawendowego i 4 waniliowego. Po wpakowaniu wszystkich składników w jedną butelkę, wystarczyło zrobić trick bondowski ('wstrząśnięte, nie mieszane') i voila, mamy pięknie pachnący olejek pod prysznic.

Wyglądał tak, a pachniał... ciasteczkowo :) 

Jedyne zastrzeżenia mam do konsystencji. Bo o ile na rękach wydawał się być całkiem w porządku, to przy myciu całego ciała okazał się straszliwie lejący. Czyli, coś kosztem czegoś- nie trzeba używać balsamu po myciu, ale wanna będzie cała ochlapana.

Ostatnio trochę się wciągnęłam w tworzenie kosmetyków, także nie będzie to ostatni post na ten temat.